Archiwum kategorii ‘ciekawostki’
Zabiorę Cię właśnie tam
Tak, obejrzałem Księżyc w Nowiu. Są takie chwile, kiedy mając przed sobą wieczór z poczuciem wiszącego nad głową projektu wychodzę z akademika i idę zrobić coś, na co akurat mam ochotę. I żałuję tak bardzo, że trudno to opisać słowami. Że tej pani w filmie było tak mało. Dla zainteresowanych bliższym obejrzeniem, Alice Cullen, w rzeczywistości Ashley Greene, robi wrażenie również bez filmowej charakteryzacji. Na mnie.
Każda podróż pociągiem jest pełna ciekawych możliwości i wrażeń, wystarczy poszukać. Dobrze to sobie przypomnieć w chwilach, w których już naprawdę nie ma co robić, a do stacji docelowej zostały jeszcze ponad dwie godziny. Dzisiejsza oferowała zachód słońca nad lasem, widok uciekającego świata z ostatniego wagonu (ech, ech…) oraz odpowiednio oświetlonej Wisły wraz z mostem, którego nazwy, wybaczcie, nie znam. W końcu jestem z Kwidzynkowa, mimo że niektóre tępe szczały chcą mnie nawet rodowodowo wtrącić do tej warszawskiej wioski. Niedoczekanie.
Widoki, choć dostarczają odpowiednich wrażeń, na dwie godziny mi już nie wystarczają. Ale tym razem szczęście dopisało i przypadkowym rozmówcą został pan kolejarz spędzający całe życie na delegacji w Egipcie, a niedługo w Arabii Saudyjskiej. Swój chłop, postawił studentowi piwo. Niech żyją kolejarze!
Na koniec polecę jeszcze piosenkę wszystkich łowców niewolników, szczególnie warhammerowych Dark Elfów. Wystarczy kliknąć.
Widzimy się w Spichlerzu w sobotę!
Bartoszyczanka
Pozostało kilka godzin do wyjazdu, a przecież dopiero wróciłem. Dom stacją przepakowywania i chwilowego postoju. Taki życiowy, osobisty peron.
Między nami, młodymi matkami, to dobrze nic nie musieć. Iść na koniec świata, gdzie majaczą tylko odległe, opuszczone już budynki, z dala od dźwięków i widoku ludzi. Obserwować szybujące myszołowy i zastanawiać się, co je różni od sokołów. Dowiadywać szczegółów dotyczących różnej maści zielska rosnącego po obu stronach polnej drogi. Głowa mnie tam trochę bolała od czystego powietrza. A myślałem, że to w Kwidzynie jest świeżo.

Ciepłowato było jak cholera. I śmiańsko potężne z pań pilnujących HyMa i generalnie Olsztyńskiej Alfy. Trudno mi zrozumieć dlaczego tak bardzo przeszkadza im robienie zdjęć w obiekcie. Sytuacja podobna do tej w kebabie, którą opisywał Kamil. Tym razem to nie cwaniactwo tylko głupota ludzka, a z tym nie mierzyć się maluczkim. Ani plakietki z zakazem, ani jawnego regulaminu, ale opluć się o pstrykanie trzeba. Może by tak zacząć się z nimi kłócić?
Do HyMa jeszcze, to się skompromitowałem, wrzucę potem.

Film! O ile przez większą część bardzo mi się podobał, to pod koniec poczułem silne “puff”. Scenariusz odbiegł trochę od oryginału, ale najważniejsze punkty się zgadzają więc jako wychowanemu na książce oglądało mi się go bardzo przyjemnie. Jakoś taki bardziej kobiecy jest. No i wracając do zakończenia – było bez sensu, zupełnie inaczej niż w książce, ale żeby za bardzo nie spojlerować… Uratowała je jedynie Bellatrix (moja ulubiona postać filmowa, no jest po prostu zabójcza!), pani Bonham Carter zagrała świetnie i z rozjarzoną miską wracałem na dworzec.
Za 3,5 godziny pobudka, a potem witajcie Węgry.
Kasia <3
Kobieta, przy której pani Lipnicka wywracała oczami, bo ponad 10 lat temu zahukana młoda dziewczyna w kraciastej koszuli, dżinsach i przydługiej grzywce śpiewała lepiej od niej w Szansie na sukces. A ona tylko psuła jej występ swoim akompaniamentem. Przez którą “Zamigotał świat” stało się hasłem przewodnim ostatnich dni w moim życiu, a tysiąc barw to wyjątkowo za mało. I ten aparat!…
To ta, która z Varius Manx zaśpiewała “Kiedy mnie malujesz” (znane przeze mnie jeszcze do niedawna jako “Jestem tylko Twoja” i z tego miejsca chciałbym pozdrowić pewną Dorotę) – piosenkę, która w pewnym okresie bardzo, bardzo wiele dla mnie znaczyła. Dziś miło spojrzeć wstecz i się uśmiechnąć do wspomnień.

Emanuje niesamowitą energią. Przekonuje mnie bardziej niż ktokolwiek inny samym swoim zachowaniem. Tym jak się porusza. Jak mówi. Jak przeżywa swoją muzykę. Czasem wydaje mi się, że gdyby to było możliwe, sama stałaby się dźwiękiem i uleciała razem z krzykiem w postaci bajkowych nut. Ale bardzo dobrze, że nie odleci. Byłoby mi jej bardzo brak.
Znalazłem ucieleśnienie snu. Kogoś, kto nie tylko oddaje się swojej pasji, ale wręcz namacalnie nią jest. Każdą częścią swojego ciała jest tym, co robi. Kasia Stankiewicz w moich oczach jest muzyką.

Jak już tu jestem, to wypadałoby się do czegoś przyznać, bo z tym mi się kojarzy “Orła cień”, chyba pierwszy Jej przebój. Pewnego letniego dnia około 8-letni Sebastian zrobił sobie przerwę między bieganiem za piłką a bieganiem za piłką i wybrał się na plac zabaw. Na huśtawce siedziały dwie dziewczyny których z czystej uprzejmości konkretnie nie wymienię, śpiewające swoimi równie dziecinnymi jak mój głosikami “Widziałam ooooooooorła cieeeeeeeeeeeeń”… Mały Sebastian usiadł sobie na płotku, posłuchał chwilę, skrzywił się okropnie, po czym przybrał mądrą minę i powiedziawszy wyniośle… “ale Wy faulujecie”… wrócił na boisko.
Bo jest muzyką.
A Ty całkuj mnie!

Lubelskie zabawy sponsoruje Mordheim – miasto przeklętych. Świetna planszówka podobna do bitewniaka, tylko szybsza, ciekawsza i jakoś tak bardziej wciągająca. Uwielbiam moje szczury, ich lśniące czarne futerka, ruchliwe noski, malutkie oczka i z takim przejęciem podkręcane ogony! Eech, tylko popatrzcie, czy można ich nie kochać? Futrzaste legiony!

Mniej więcej taki widok ostatnio przysłania mi świat. Szlaczek, zależnie od oznaczenia dwie wartości na górze i dole, kilka znaczków zakończonych znamiennym symbolem “dx” i duuużo zabawy dla młodocianych sadystów. Już jutro przy dobrych wiatrach przestanie mnie to dręczyć, przynajmniej aż do kolejnego zaliczenia.
Nie było mnie tu trochę, głównie przez to, że odczuwam solidny zastój spowodowany uczelnią. U mnie w momencie sesji będzie można odetchnąć z ulgą i powiedzieć sobie “kurde, skoro zdałem 7 zaliczeń, to dam radę jeszcze te 2″. Jakoś tak nie po studencku, ale PW rządzi się swoimi prawami.
Do Lublina jeszcze na chwilkę wracając – to miasto nieodmiennie kojarzy mi się z pewnym wydarzeniem.
Śniło mi się, że byliśmy w domu. Takim, jak go pamiętam. Na półkach stały książki, do których bałem się zajrzeć. Nie dziwiłaś mi się. Na stoliku ciekłokrystaliczne ekrany straszyły bladym światłem w ciemnym pomieszczeniu. Drzwi do drugiego pokoju były uchylone, oboje wiedzieliśmy, że jest pusty. Spokojny oddech śpiącego dyktował nastrój tajemnicy. Ale nie to było ważne. Patrzyłem na Ciebie. I widziałem parę zamazanych odbić w krzywym zwierciadle oczu. Cienie wydłużały się nienaturalnie, przypominając o dziwnej porze na nieme rozmowy. Nagle uśmiechnęłaś się, tak trochę smutno, jakby przepraszając. Chyba wtedy do mnie dotarło, że taniec marzeń musi się kiedyś skończyć. Znowu brak wieczności daje się we znaki dwóm zdmuchniętym płomykom świec.
Od tamtego okresu moją ulubioną herbatą stała się Twinings Lady Grey.
Coby zakończyć pozytywnie, a niektóre Kamile i Romki miały radochę:
Simply the best!

Ten wielki skurczybyk to lord armii, którą ostatnio uwielbiam grać. Nawet nie wiecie ile frajdy może dać przesuwanie figurek (lub podstawek, jeśli figurek zabrakło) po planszy i prowadzenie do bitwy swojej własnej, niepokonanej, potężnej armii. Ku chwale Imperium, jak to zwykł mawiać Andrzej przed kolejną bitwą, którą wciąż mam nadzieję wygrać
Czas płynie z prędkością światła w funkcji wykładniczej, do kolokwium jeszcze tydzień, potem już zostanie tylko modlitwa studenta politechniki. Ale kto by się przejmował?
Kocham wyjeżdżać z Warszawy. Opuszczenie tego miasta za każdym razem uświadamia mi, jak tam jest niefajnie. Brudno, brzydko i śmierdzi. Wieczny pośpiech, wyścig szczurów, ciągła świadomość prawie bezpośredniego zagrożenia sam nie wiem czym. A w weekend czas zwalnia. W Lublinie nigdzie się nie spieszyliśmy. Doba po prostu była za krótka, żeby zrobić wszystko to co można było zrobić. Piliście kiedyś czekoladę chilli? Albo herbatę Yerba Matte? Reklama, zapraszam do “Nory” w lubelskim centrum, najlepsza knajpa ever! Cicha muzyka w stylu jazz lub rnb dobywa się z głośników pod sufitem. Ledwo słyszalne kroki Przemka, właściciela. Prawdziwy piec. Atmosfera rodem ze starego filmu, tylko dużo mniej dymu. No i menu. Nie miałem pojęcia, że można przyrządzić herbatę, kawę i czekoladę na tyle sposobów. Oddaliśmy swoje podniebienia w ręce Przemka i świetnie na tym wyszliśmy. Na dobrą sprawę więcej lokali w Lublinie nie potrzeba.

Z cyklu “Zabawy w C”: Gra, Źródło. Komentarze w kodzie z dedykacją dla Barnaby, który jako jeden z niewielu próbuje zrozumieć mój tok myślenia.
Swoją drogą, to nie takie proste, nauczyć komputer myśleć. Bo on sam to raczej nie potrafi. Komputer jest świetny w wykonywaniu poleceń i liczeniu, za to kompletnie brakuje mu zdolności wyobrażania, o myśleniu abstrakcyjnym w ogóle nie wspominając. I tak kiedy wczoraj dostawałem białej gorączki z zimną furią razem wziętych (bo może niezbyt to szczytne i ambitne, napisać Masterminda, ale spróbuj wytłumaczyć procesorowi jak ma porównać te cholerne wybory z wcześniej wylosowanym wzorem, żeby wypluć dobre wyniki, no proszę!), pomyślałem sobie, że to w gruncie rzeczy ja nie potrafię nauczyć go jak ma rozwiązać zadanie. Niezbyt pocieszające, ale lepiej być tego świadomym niż kląć i wyzywać od najgorszych biedny ekran LCD. Szanujmy swój sprzęt, towarzysze C’owej niedoli.
Na koniec jeszcze wiecznie młoda i wiecznie wspaniała Tina. Widzieliście ją ostatnio? Wciąż świetnie się rusza! Wywołuje we mnie trudne do opisania emocje. Przede wszystkim coś mi rośnie pod mostkiem i rozpaczliwie próbuje się wydostać na zewnątrz.
Czuję się świetnie w swojej skórze.
Ostatnio zastanawialiśmy się z Kamilem. Jak myślisz, kto bardziej kłamie, mężczyźni czy kobiety?
Remember
Remember remember the fifth of November
Gunpowder, treason and plot.
I see no reason why gunpowder, treason
should ever be forgot…
Guy Fawkes – Remember remember
Powiecie, że naoglądałem się V for Vendetta i będzie to prawda. Bo film jest niesamowity. Przesłanie poparte tak silnymi emocjami i konstrukcją głównej postaci mnie osobiście zwala z nóg. Chcę jeszcze, jeszcze, jeszcze raz! Zresztą sami go posłuchajcie. Krótko, żeby za bardzo nie spojlerować. Sposób w jaki mówi, intonacja i emocje, które wkłada w kolejne zdania są po prostu obłędne. Całego siebie zawiera w tym, co właśnie przekazuje.
Gdybyś teraz zakładał swojego wordpressa, jak byś zaczął pierwszy wpis? Zastanawiałem się chwilę nad tym i doszedłem do wniosku, że potraktuję go jako kolejny z serii. Początki podobno są trudne, więc może będziemy udawać, że to wcale nie jest początek? No, to piątka
Z serii “Zabawy w C” część pierwsza: plan lekcji, oraz dla zainteresowanych: źródło. Plik tekstowy zmieniamy intuicyjnie zostawiając nazwy dni tygodnia i słowo Koniec. Nie powinno wywalić systemu.
Świat jest bardziej kolorowy, kiedy następne godziny i dni mają przynieść coś fajnego. W moim przypadku Lublin od czwartku do niedzieli. Oj, będzie się działo!
Swoją drogą, nad tytułem tego wpisu myślałem tylko chwilę. Jako pewny siebie, podbijający świat 12latek założyłem kiedyś bloga i pisałem tam przez kolejne pięć lat. Jak teraz tam spojrzę, to budzi się we mnie kilka emocji, od rozbawienia z własnego podejścia i języka (też pisaliście cały czas “^^, siemash, yem terasss…” ?), przez rozczulenie, po coś nieokreślonego, co każe mi jednak przejść tutaj, a tamten rozdział pozostawić słodkiej pamięci. Bo zmieniłem się i wolę tego fajnego dzieciaka pozostawić takim, jaki jest, a nie zmuszać go do wydoroślenia, choć w sumie ogarniał jak na swój wiek
Dzięki też Kamilowi za pomocną dłoń w ogarnięciu tego całego panelu admina. Trudno się przyzwyczaić.
Na koniec jeszcze muzycznie jak najbardziej pozytywnie (Ile ja bym dał za taką saksofonistkę, gdyby to była kobieta)

